Kulturalna Rozmowa z Mateuszem Mykytyszynem – Prezesem Fundacji Księżnej Daisy von Pless
Paweł Szpur: Jubileusz 600-lecia Wałbrzycha to wyjątkowy moment na podsumowania. Czy zgodzi się Pan z tezą, że Wałbrzych to przede wszystkim „miasto wielu historii” – tygiel kulturowy i społeczny, którego nie da się zamknąć w jednej prostej opowieści?
Mateusz Mykytyszyn: Zdecydowanie tak. Powiedziałbym nawet, że każda próba zamknięcia Wałbrzycha w jednej opowieści musi zakończyć się jego zubożeniem. To nie jest wyłącznie „miasto węgla”, choć górnictwo przez dwa stulecia określało jego rytm, krajobraz i hierarchię społeczną. Wcześniej był to niewielki ośrodek tkacki, handlowy i rzemieślniczy, zależny od prywatnych właścicieli. Później stał się prężnym miastem przemysłowym, następnie stolicą województwa, a po likwidacji kopalń – symbolem bolesnej transformacji. Dziś ponownie próbuje się definiować.
Wałbrzych jest również miastem wielu narodów, języków i pamięci. Jego dzieje współtworzyli Czesi, Niemcy, Polacy, Żydzi, przybysze z Kresów, reemigranci z Francji i Belgii, górnicy z Borysławia czy greccy uchodźcy polityczni. Nie wszyscy pojawili się tutaj dobrowolnie i nie wszyscy mogli dobrowolnie pozostać. Dlatego określenie „tygiel kulturowy” brzmi atrakcyjnie, ale nie powinno przesłaniać dramatów: wojen, prześladowań, wysiedleń i utraty domów.
Nawet dzisiejszy Wałbrzych nie jest jednym organizmem, który od średniowiecza spokojnie rozrastał się wokół rynku. To raczej federacja dawnych miejscowości i osad przemysłowych: Białego Kamienia, Sobięcina, Podgórza, Starego Zdroju, Rusinowej, Poniatowa i kolejnych dzielnic, z których każda zachowała własną pamięć oraz lokalną dumę. Wałbrzych ma więc wiele historii, ale jego szczególną historią jest zdolność do przeżywania kolejnych zerwań. To miasto kilka razy traciło świat, który znało – i za każdym razem budowało następny.

W ramach obchodów jubileuszu wygłosił Pan wykład „Kamienie milowe wałbrzyskiej historii – czyli najważniejsze daty z 600-letnich dziejów miasta”. Gdyby miał Pan wybrać tylko trzy najważniejsze momenty zwrotne, które absolutnie ukształtowały dzisiejszy Wałbrzych, co by to było?
Historyk poproszony o wybranie trzech dat czuje się trochę tak, jak bibliotekarz, któremu pozwolono ocalić tylko trzy książki. Skoro jednak muszę dokonać wyboru, wskazałbym rok 1853, rok 1945 oraz lata 1990–1998. W 1853 roku Wałbrzych uzyskał połączenie kolejowe z Wrocławiem. Kolej wyrwała miejscowy przemysł z geograficznego zamknięcia, obniżyła koszty transportu węgla, porcelany, maszyn i ludzi. Bez niej Wałbrzych zapewne pozostałby ważnym ośrodkiem lokalnym, ale nie stałby się jednym z największych centrów przemysłowych Śląska. W ślad za koleją przyszły kapitał, gwałtowny wzrost ludności, nowe kopalnie, fabryki, kamienice, szkoły i szpitale. Rok 1945 oznaczał zmianę państwa, języka, nazw, własności i niemal całkowitą wymianę ludności. Materialne miasto przetrwało wojnę bez wielkich zniszczeń, ale jego wspólnota została zbudowana na nowo. Polski Wałbrzych stworzyli ludzie przybyli z bardzo różnych stron, często sami doświadczeni utratą rodzinnych miejscowości. To był nie tyle kolejny rozdział, ile zmiana autora, alfabetu i całej obsady.
Trzeci przełom to likwidacja kopalń rozpoczęta decyzją z 1990 roku, a domknięta wyjazdem ostatniego wózka antracytu w 1998 roku. Zakończyło się wówczas nie tylko wydobycie, lecz cały model miasta, w którym kopalnia organizowała pracę, mieszkanie, sport, kulturę i życie rodzinne. Skutki tej decyzji odczuwamy do dziś. Obecne odrodzenie Wałbrzycha jest w znacznej mierze próbą odpowiedzi na tamtą traumę.
Drugi z Pana wykładów dotyczył tematu: „Wałbrzych – miasto prywatne 1426–1808”. Dla wielu mieszkańców fakt, że miasto przez niemal cztery wieki znajdowało się w rękach prywatnych właścicieli, może być zaskoczeniem. Jak ta feudalna przeszłość wpłynęła na układ przestrzenny i rozwój gospodarczy dzisiejszego Wałbrzycha?
Najpierw drobne, lecz ważne zastrzeżenie: rok 1426 jest doskonałą datą jubileuszową, ale nie mamy jednego dokumentu, który pozwalałby z całą pewnością powiedzieć: „tego dnia narodziło się miasto”. Jubileusz potrzebuje daty, natomiast archiwum częściej pokazuje proces. Wiemy, że w 1426 roku Wałbrzych został wymieniony jako miasteczko w transakcji obejmującej również zamek Nowy Dwór oraz okoliczne wsie.
Miasto prywatne nie było samorządną republiką mieszczan. Stanowiło część większego majątku, który można było sprzedać, odziedziczyć albo zastawić. Właściciel wpływał na sądownictwo, handel, cechy, warzenie piwa, użytkowanie lasów, a później także eksploatację węgla. Najpierw szczególne znaczenie mieli Czettritzowie, a od 1738 roku Hochbergowie z Książa. Nie należy jednak przedstawiać tych czterech stuleci wyłącznie jako jednostronnej dominacji. Mieszkańcy spierali się z właścicielami, bronili praw do lasu i handlu oraz wymuszali kolejne przywileje. Historia samorządności zaczęła się częściowo od historii konfliktu.
Feudalna geneza wpłynęła również na przestrzeń. Wałbrzych długo pozostawał niewielkim skupiskiem wokół rynku i kościoła, otoczonym lasami, folwarkami oraz odrębnymi wsiami. Późniejszy przemysł rozwijał się tam, gdzie występowały złoża i gdzie właściciele dysponowali ziemią, a nie według jednego harmonijnego planu urbanistycznego. Dlatego współczesny Wałbrzych jest tak rozciągnięty i policentryczny. Jego układ może doprowadzać urbanistę do rozpaczy, ale historyka wprawia raczej w zachwyt – jest bowiem czytelną mapą kolejnych epok.
Jak Pana zdaniem budować współczesną tożsamość wałbrzyszan w oparciu o tak bogatą i wielowarstwową historię, sięgającą 1426 roku? Czy jubileusz 600-lecia skutecznie rozbudził w mieszkańcach dumę z lokalnego dziedzictwa?
Tożsamości nie można zbudować wyłącznie z rocznic, flag i efektownych widowisk. One są potrzebne, ponieważ przyciągają uwagę i pozwalają wspólnie przeżyć ważny moment, ale prawdziwa praca zaczyna się po zgaszeniu jubileuszowych świateł. Potrzebujemy dobrej edukacji regionalnej, dostępnych archiwów, mądrych wystaw, ochrony zabytków i opowieści obejmującej wszystkie dzielnice oraz wszystkie grupy mieszkańców.
Nie możemy wybierać z przeszłości jedynie tego, co wygodne i reprezentacyjne. Obok Książa, pałaców i wielkich przemysłowców są robotnicy, służący, kobiety, migranci, ofiary katastrof, pracy przymusowej i politycznych prześladowań. Dojrzała duma nie polega na przekonaniu, że nasze miasto zawsze było wspaniałe. Polega na tym, że znamy jego osiągnięcia, rozumiemy błędy i nie boimy się skomplikowanej prawdy.
Jubileusz niewątpliwie rozbudził zainteresowanie historią. Widać to po frekwencji, pytaniach mieszkańców i niezwykłej popularności dawnych fotografii. Nie przeceniałbym jednak jednej rocznicy. Dumy lokalnej nie da się zadekretować ani wyprodukować w ciągu jednego roku. Można natomiast stworzyć impuls – i sądzę, że właśnie to się wydarzyło.
Najważniejsze, abyśmy nie traktowali niemieckiej historii Wałbrzycha jako historii „obcych”, a polskiej jako pozbawionej wcześniejszych korzeni. Dziedzictwo nie jest testem genealogicznym. Należy do tych, którzy chcą je poznawać, chronić i uczciwie przekazywać dalej. Wałbrzych nie musi mieć jednej opowieści, aby być jednym miastem. Przeciwnie – jego siła zaczyna się tam, gdzie przestajemy bać się jego wielu historii.
Z gościem rozmawiał Paweł Szpur

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego
pochodzących z Funduszu Promocji Kultury”
