Espresso z Michałem Augustyniakiem

Studio Espresso gościło w Sztygarówce w Starej Kopalni

Espresso z Michałem Augustyniakiem

z aktorem znanych seriali paradokumentalnych i filmów rozmawiał Paweł Szpur

Tak naprawdę nie zaczęło się od filmu, tylko od czasów szkoły i Teatru Poezji.
Tak – Teatru Poezji. To było dawno, a śmiem twierdzić, że bardzo dawno, w szkole zawodowej. Reżyser Teatru Dramatycznego Pan Adamczyk założył u nas Teatr Poezji „Miniatura”. Miałem to szczęście, by spotkać się z nim. Niesamowity człowiek, a przy tym zaraził nas Majakowskim. Poezja Majakowskiego prześladuje mnie do dzisiaj. Niektóre z utworów, na przykład „Król Brytyjski”, śnią mi się po nocach i cytuję je. Wnuki to czasem mówią: dobra, dziadek, powiedz jak tam „Król Brytyjski”. Później namiastka fajnych przeżyć i spotkania w Teatrze Poezji „Kleks”, znanym wówczas w Polsce i wielokrotnie nagradzanym. Później była już praca i spotkania z kolegą, który pracował w Teatrze Dramatycznym jako operator dźwięku i światła. Powiedział: „Michał, dlaczego nie”, tak też w teatrze kilka fajnych wejściówek zagrałem.
Czyli epizody w Teatrze Dramatycznym też były.
Tak, w Teatrze Dramatycznym w Wałbrzychu, w rodzaju: „Panie hrabio, kareta zajechała”. To było dosyć fajne. Przy tym traktuję to jako bardzo bardzo fajną przygodę, bo to jest naprawdę fajna rzecz spotkać się z ludźmi – aktorami.
Można powiedzieć wprost, że jest Pan czasem aktorem drugoplanowym?
Tak, w tych sitcomach, jak w „Lombardzie”, to są konkretne osoby i konkretni ludzie. To naprawdę jest wielkie przeżycie i wielka radość być na planie każdego odcinka. To jest naprawdę wielka przygoda.
Tu przerwę i postawię kropkę. Jak to się stało, że trafił Pan do tych seriali jako aktor?
Stało się to przez przypadek. Było ogłoszenie: „Szukamy statystów do filmu o Daisy”. Ponieważ trzeba było się zapisać internetowo, ja mówię nie. Jadę do Książa i muszą mnie zapisać, bo ja jestem Pan Michał i oni muszą mnie zapisać. Guzik prawda! Wygonili mnie najpierw, ale jak wyganiali, to nadszedł reżyser, śmiem twierdzić, że do dziś jesteśmy dobrymi kolegami – Marcin Bradke, pisarz, poeta i reżyser, i mówi: „ proszę coś o sobie powiedzieć” i zacząłem mówić. „A niech Pan z tego Kleksa coś powie” i powiedziałem fragmencik tego „Króla Brytyjskiego”, któremu ciągle się chlać chciało. Piotruś – operator, już świętej pamięci, słyszę jak mówi: „Marcin, bierzemy go – radiowy głos”. Reżyser wówczas powiedział: „Zostawi Pan telefon, za miesiąc zadzwonimy”. Ja na to: „nie mam czasu, bo za miesiąc jadę do pracy”, bo miałem taką okazję. To powiedział: „Dobra, bierzemy telefon, oddzwonimy za trzy dni i spotykamy się niedługo”.
I potem co było?
Był angaż do filmu o Daisy. Zagrałem rolę teścia Daisy, Hrabiego Hochberga, zdjęcia były kręcone w Książu i Zamku Pszczyńskim. Przygoda dla mnie na całe cztery dni. To było wielkie przeżycie. Potem premiera w Wałbrzychu, premiera w Książu, ach wielkie przeżycie dla ducha i dla ciała. Któregoś razu Marcin Bradke powiedział, że jest szansa zagrać w innym filmie. Powiedziałem: „z przyjemnością”, ale z duszą na ramieniu. Telefon jeden za drugim, zaangażowanie do agencji artystycznej we Wrocławiu, jednej i drugiej. Tych odcinków w tych sitcomach było już kilkanaście.
Zanim zapytam o to, co czytelników interesuje najbardziej, czyli o rolę w „Świat według Kiepskich”, chciałbym się dowiedzieć, jakie seriale, w których Pan zagrał, najlepiej Pan wspomina?
Pierwszy odcinek w „Lombardzie”. Fajnie się złożyło, bo moja sytuacja życiowa w pełni zgadzała się z tym, co grałem. W serialu „Kiepskich” przeżyciem było spotkanie z aktorką – Panią Marzeną Sztuką, niesamowicie cudowna osoba. Atmosfera na planie „Kiepskich” jest niesamowita. Mam niejako podpisaną umowę na dublera „Kiepskiego Ferdka”, ale jakoś tak…
Wagowo?
Jakoś to nie wychodzi. Zobaczymy, póki życia, póki sił, dlaczego nie?
Zagrał Pan również w „Policjanci i policjantki” i w „Dlaczego ja?”. Jak tam wygląda technika i praca na planie?
Pracuje się różnie, bywa, że od świtu do późnego wieczora. Dostaje się wcześnie scenariusz z propozycją konkretnej osoby. Dostajesz scenariusz, którego – niestety -musisz się nauczyć. Z tym bywa różnie, bo trochę zajęć i lata nie te, ale jak już wejdzie się w ten rytm na planie, to zawsze ktoś życzliwy, jak się zapomni, podpowie. Jest Pani inspicjent, która głośno podpowie, wówczas kamera stop. Patrząc w telewizji na serial jakbym czuł i wiedział o…Żyję tym filmem.
Dziękuję za rozmowę.

W dalszej części wywiadu nasz gość opowiada o tym, jak trafił do serialu o „Kiepskich” i jak wyglądała praca na planie serialu „Świat według Kiepskich”.