Oberwanie chmury, „Kiosk” i totalny odlot. Słuchacze nie musieli rozkminiać Kminka – w Świdnicy zagrali rewelacyjnie!
autor: Paweł Szpur
Miało być sielankowo, zielono i w klimacie totalnego chilloutu. Świdnicki Ośrodek Kultury razem z Restauracją Łaźnia po raz piąty odpalili swój letni cykl koncertów plenerowych w Parku Centralnym. Gwiazdą wieczoru 17 lipca 2026 roku była formacja Kminek. Zespół świętuje właśnie swoje 10-lecie, więc oczekiwania świdnickiej publiki były spore. Zamiast spokojnego wieczoru dostaliśmy jednak na dzień dobry dreszczowiec z elementami katastroficznymi. Ale to, co wydarzyło się później, to był absolutny kosmos. Koncert był po prostu super!
Pogodowy reset i ulewa, która pękła o 19:30
Plan na piątkowy wieczór był prosty: startujemy punktualnie o godzinie 19:00. Natura stwierdziła jednak, że rzuci wyzwanie organizatorom i sprawdzi, ilu w Świdnicy żyje prawdziwych, nieprzemakalnych melomanów. Dokładnie w „godzinie zero” nad plenerową sceną przy placu Ludowym 5 „otworzyły się bramy niebios” i runęła ściana obfitego, bezlitosnego deszczu. Klasyczny, lipcowy armagedon postawił całą imprezę pod znakiem zapytania, na szczęście sprzęt nagłośnieniowy znajdował się pod zadaszoną sceną, a studio plenerowe akustyków muzyki i światła pod parasolem.
Los – a może karma albo niewidzialne siły czuwające nad polską elektroniką – uznały, że ten wieczór nie może zakończyć się w taki sposób. Uśmiech fortuny sprzyjał tym, którzy mimo ulewy zdecydowali się zostać i przeczekać najgorsze, chroniąc się pod parasolami Restauracji Łaźnia. Niespełna pół godziny po planowanym starcie ulewa nagle ustała, jakby ktoś na górze po prostu zakręcił kurek. Szybkie suszenie krzeseł i zamówionych stolików, trzydzieści minut wymuszonej „obsuwy” i „ruszamy z koksem!’ Ta krótka nerwówka tylko podkręciła temperaturę – publika była tak spragniona dźwięków, że od pierwszego taktu „kupiła” ten klimat bez mrugnięcia okiem.
Jerzy Delwo, czyli basista z gadaną
Kminek pozycjonuje się na rynku jako alternatywny, zmysłowy pop z wyraźną nutą nu-retro i elektroniki. W warunkach live to brzmienie po prostu „rozwaliło system”. Pod względem rytmicznym i dźwiękowym to była czysta, techniczna perfekcja – wszystko siedziało idealnie w punkt, bas pulsował w żołądkach, a gitary Pawła Zająca i przestrzenna elektronika tworzyły genialną aurę. Słuchacze w ogóle nie musieli długo rozkminiać Kminka – ten zespół po prostu od razu „wchodzi jak złoto”. A publiczność właśnie na takie złoto czekała.
Ogromna w tym zasługa człowieka, który trzymał w rękach nie tylko gitarę basową, ale i całą konferansjerkę. Jerzy Delwo – basista, kompozytor i autor tekstów w jednym – spisał się w roli frontmana rewelacyjnie. Zapomnijcie o sztywnych, nudnych formułkach czy wyuczonych dialogach. Jurek prowadził koncert pomiędzy utworami z takim luzem, humorem i naturalnym wdziękiem, że błyskawicznie skrócił dystans między sceną a widownią. Genialnie wprowadził widzów w ten oniryczny świat, opowiadając o tematyce tekstów powstałych do zagranych utworów.

Od mrocznego „Morderstwa” po intymny nokaut
Setlista omawianego koncertu idealnie zbalansowała emocje, ale dwa numery zrobiły wśród świdnickiej publiki absolutną furorę: „Kiosk” – hipnotyzujący rytm i totalnie magnetyczny klimat nu-retro. Ten numer na żywo ma w sobie taką energię, że nóżka sama chodziła nawet tym osobom, które na występ trafiły zupełnie przez przypadek. Dedykowano go w szczególności dla tych, którym „instytucja” kiosku jeszcze mentalnie tkwiła w głowie. To cudo handlu, które w nie tak dawnych latach zniknęło z przestrzeni miejskich, a mające w sobie wiele atrakcyjnych towarów, na moment wróciło przed oczy wsłuchujących się w utwór.
„Morderstwo” – głęboki, mroczny, niezwykle zmysłowy kawałek. Po ulewnym deszczu, przy zapadającym zmierzchu w Parku Centralnym, ta kompozycja brzmiała po prostu filmowo. Ciarki na plecach były w pakiecie. Jeżeli ktoś jednak myślał, że Kminek potrafi tylko robić gęsty, elektroniczny trans, to w pewnym momencie dostał emocjonalny nokaut. Zespół nagle zwolnił tempo, zredukował instrumentarium do absolutnego minimum i na scenie została tylko wokalistka oraz instrument klawiszowy.
To, co zrobiła wtedy Michalina Maruniak, to był czysty wokalny majstersztyk. Jej fantastyczny, głęboki i nieziemsko zmysłowy głos, puszczony całkowicie solo, podparty jedynie delikatnymi dźwiękami z klawisza, dosłownie zamroził publiczność. W parku zapadła taka cisza, że słychać było pojedyncze krople wody spadające z drzew. Żadnych efektów, zero filtrów, żadnego chowania się za głośną sekcją rytmiczną – tylko czysty, organiczny talent. Dla takich momentów warto było stać wcześniej w deszczu w oczekiwaniu na koncert.
Masowy szturm na Spotify i kultura bez barier
O tym, jak dobry był to gig, najlepiej świadczyło to, co działo się po zejściu zespołu ze sceny. W tłumie opuszczającym Park Centralny (gdzie niektórzy świeżo upieczeni fani z ekscytacji zdążyli już przemianować grupę na „Kminex”) słychać było jedno wielkie, zbiorowe zachwycenie. Efekt? Ci, którzy do tej pory nie mieli pojęcia o istnieniu tego dolnośląskiego trio, od razu wyciągnęli z kieszeni smartfony. W drodze powrotnej w samochodach oraz już po powrocie do domów na głośnikach świdniczan masowo królowało Spotify z dyskografią Kminka. Nie było opcji, żeby po takim live-show wrócić do codzienności bez ponownego odpalenia ich albumów. Zespół zasiał w głowach słuchaczy totalnego bakcyla. Wnioski na przyszłość: Kminek na swoje 10-lecie udowodnił, że jest jednym z najbardziej autentycznych i bezkompromisowych składów na naszej scenie alternatywnej. ŚOK i Łaźnia zrobili kapitalną robotę, ściągając ich do Świdnicy. Co w tym wszystkim najlepsze? Że tak genialnie zagrany, profesjonalny i pełen emocji koncert był dla wszystkich chętnych dostępny całkowicie za darmo. Oby takich inicjatyw w przestrzeni miejskiej było jak najwięcej. Kminek, wracajcie szybko – tym razem zamawiamy słońce, chociaż z deszczem też zrobiliście totalny ogień!

„Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących
z Funduszu Promocji Kultury – państwowego funduszu celowego”
